Księżyc wisiał wysoko na niebie. Noc była prawie bezchmurna, a w górze pobłyskiwały jasne gwiazdy. Moon spokojnie leżała na łące. Po chwili usłyszała czyjeś kroki. Wstała i odwróciła się. Ujrzała kilka potężnych basiorów. Stała jak sparaliżowana, nie mogła się ruszać. Widziała jak ich kły zatapiają się w jej ciele...
Nagle obudziła się i otrzepała. Od wielu tygodni śnią się jej koszmary. W każdym z nich zostaje zamordowana przez wilki z jej poprzedniego stada.
-Jeszcze trochę i nie wytrzymam...- mruknęła sama do siebie.
-Chyba od samotności, a nie od snów...- usłyszała cichy, piskliwy, drwiący głosik. Spostrzegła, że na gałęzi siedzi czarny kruk z czerwonymi, błyszczącymi oczami.
-Zostaw to zwierzę!- rozkazała demonowi, który od razu jej posłuchał i opuścił ciało kruka. Wystraszony ptak odleciał. Moon cicho westchnęła.
-Jestem sama, ponieważ żadne stado nie toleruje tego jaka jestem i jakie mam zdolności- powiedziała i posmutniała. Już tak długo jest na tym świecie, a nikt nie chce jej przyjąć.
-Trudno, trzeba iść dalej- powiedziała i nie zważając na nic ruszyła w drogę.
P.S. Rozdział baaardzo krótki, bo nie miałam weny, żeby to napisać. Ale później będą dłuższe :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz